Ewelina Barankiewicz i Monika Dworecka są pracownikami socjalnymi w Wydziale Reintegracji Osób w Bezdomności (WROB) Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Gdańsku. Po przyjściu do pracy czytają e-maile, odbierają telefony, potem działają. Recepta na leki? Wniosek o wsparcie finansowe? To zrobią od ręki. Potem przychodzi czas na interwencje. Pracownik socjalny nie działa sam. Pracuje w zespole, by pomóc jednej osobie.
Człowiek w namiocie
Tak było 30 grudnia 2025 r. Rano spadł śnieg, było bardzo zimno. Ewelina i Monika na swojej liście interwencji i pomagania mają m.in. osobę w bezdomności, która przebywa w samochodzie. Alkohol, agresja i bardzo dużo nerwów. W działaniach wspiera je Straż Miejska w Gdańsku. Tego samego dnia pracowniczki MOPR muszą dotrzeć jeszcze do pana Bogdana, który prawdopodobnie jest w okolicy Mostu im. Jana Pawła II nad Martwą Wisłą w Gdańsku. Na terenie dzielnicy Przeróbka mężczyzna pracował. Potem tu rozbijał namiot, w którym spał. Tak mu się życie potoczyło. To niezależny mężczyzna, w bezdomności. Tego dnia jest cofka, Martwa Wisła wystąpiła z brzegów. To dobrze nie wróży. Jednak Monika, Ewelina i ratownicy Stowarzyszenia Na Rzecz Ratownictwa ADIUTARE są zdeterminowani. By dotrzeć do p. Bogdana, wybierają drogę przez krzaki. Aby do nich dojść, muszą zejść z górki. Ta wydaje się być ogromną, choć nie wiedzą, że kilka metrów dalej czeka na nich jeszcze większa przeszkoda. To nasyp kolejowy. Ewelina i Monika w mokrych już butach docierają na drugą stronę torów. Tam dostrzegły prowizoryczny namiot, a w zasadzie rozłożoną płachtę foliową.
– Długo nie widziałyśmy człowieka w środku. Aż w końcu pan Bogdan wysunął rękę. Był tak mocno wyziębiony, że ratownik miał problem ze zbadaniem poziomu cukru – opowiada Ewelina.
– Krew już nie chciała lecieć – wspomina Monika Dworecka. Pracowniczkom MOPR udało się przekonać mężczyznę, by przyjął wsparcie. Ratownicy zabezpieczyli mężczyznę. Jednak pojawił się kolejny problem, jak wydostać pana Bogdana z terenu nasiąkniętego wodą. Zmrok, zacinający grad utrudniały akcję.
Pomagają gdańscy strażacy, którzy dotarli na miejsce. Zadaniem było znalezienie jak najprostszej i najkrótszej drogi, żeby przedostać się przez torowisko. Śnieg zaczyna padać coraz mocniej. Strażacy z panem Bogdanem przechodzą przez tory, ale przed wantową konstrukcją mężczyzna zaczyna opadać z sił. Jedynym rozwiązaniem okazuje się ustawienie karetki na Moście im. Jana Pawła II. Następnie wprowadzenie pana Bogdana wąskimi schodami na górę. Ruch samochodowy na wiadukcie zostaje wstrzymany, a mężczyzna bezpiecznie przetransportowany do karetki.
– Na koniec pan Bogdan ostatkiem sił powiedział, że bardzo dziękuje za pomoc i że go tu nie zostawiliśmy – wspomina Monika. Ewelina dodaje: – Mamy świadomość, że za chwilę byłoby za późno na pomoc.
Praca zespołowa
W działaniach na gdańskiej Przeróbce swoje koleżanki wspierała Dorota Baszkowska, koordynator zespołu interwencyjnego Wydziału Reintegracji Osób w Bezdomności MOPR. W pomocy społecznej pracuje od 23 lat. Przez jej ręce przechodzą wszystkie zgłoszenia od służb, mieszkańców, telefoniczne i przesyłane e-mailowo. Razem z zespołem układa plan oraz miejsca priorytetowe, które pracownicy socjalni mają odwiedzić.
– Pan Bogdan jest nam znany, wspieramy go. Spodziewaliśmy się, że jest w tym miejscu. Obligatoryjnie trzeba więc było tam dotrzeć. Była mowa o tym, żeby ekipa postarała się zabrać pana do schroniska, przekonać go do tego rozwiązania. Ale nikt nie spodziewał się, że na miejscu sytuacja będzie tak trudna – wspomina Dorota. Zespół WROB przy ulicy Piekarniczej w Gdańsku zajmował się koordynacją całej akcji, włączając do niej coraz więcej służb.
– Ja rzucam wszystko. Jestem gotowa wsiąść w samochód i jechać, by pomóc. Bez względu na godzinę. Moje pierwsze pytanie zawsze brzmi: czy pomóc? Zazwyczaj jest odpowiedź, że nie, sami damy radę. To potem jest szybki plan działania i do kogo dzwonimy. Jakie służby? Na miejscu jest też ADIUTARE, więc szybko zdają sprawozdanie pod kątem medycznym. Dzwonimy do schronisk informując, że będzie pan do przyjęcia – wyjaśnia Dorota. Czy czuje dumę ze swoich pracowników?
– Ogromną. Pierwsze co, to cieszę się, że z takiej interwencji dziewczyny wyszły całe. Czy wszyscy jesteście cali i zdrowi? To moje hasło. Tak. Okej. Pan zabezpieczony? Mimo wszystko ten pan zabezpieczony to jest moje drugie pytanie. Jak nasi są bezpieczni, to jest super. Oni idą jak w ogień. Nie ma, że się nie da, że za trudno lub pan agresywny. Robimy plan i działamy – kwituje.
Robert Klimczak jest kierownikiem Wydziału Reintegracji Osób w Bezdomności MOPR w Gdańsku. Kiedy pytam go, czym właściwie jest reintegracja, mówi o powrocie do podstaw.
– Do tego, żeby jeść nożem i widelcem. Żeby wyciągnąć osoby w bezdomności z miejsca, w którym inny człowiek nie chciałby nawet butem stanąć, a oni tam mieszkają. Żeby dać tym osobom godność, na którą zasługują – wyjaśnia Robert.
O godności mówią też Ewelina i Monika. Dla nich tak istotne jest niesienie pomocy.
– Nieważne czy pracuje się z osobami, które mają mieszkania czy z osobami w bezdomności. To praca, która jest nieprzewidywalna. Każdy dzień wygląda inaczej. Docieramy tam, gdzie inni nie dotrą. Dbamy o godność drugiego człowieka – podkreślają zgodnie.
Robert z uśmiechem opowiada o zespole, który ma pod swoimi skrzydłami.
– Tu sami wariaci pracują. Oczywiście w pozytywnym sensie tego słowa. To nie są osoby, które usiedzą osiem godzin za biurkiem. To są osoby, które muszą działać. Mają pomysły, niespożytą energię, wizję. Nie boją się wyzwań. Nie boją się tych strasznych historii, które wiążą się z dużą częścią życia osób, które wspieramy – ocenia Robert. W jego zespole większość to kobiety. – Nie ma dnia, kiedy nie czuję obawy, bo dziewczyny jadą w teren. Przypominam im, że ich bezpieczeństwo jest najważniejsze.
Za mocno dbali o mnie, nie dali mi umrzeć
Pan Bogdan od interwencji przebywa w schronisku. W placówce w Gdańsku Przegalinie czuje się dobrze.
– Te panie tyle się nastarały. Od Przeróbki na uboczu myślałem, że będę miał spokój. Ale nie da rady. Przychodzili dwa, trzy razy w tygodniu. Za mocno dbali o mnie, nie? Nie dali mi umrzeć w tym namiocie – uśmiecha się pan Bogdan.
Z tego dnia najbardziej pamięta pogodę: wiał wiatr, padał grad. Pamięta też wiele służb, które pojawiły się na miejscu. Pan Bogdan mówi o sobie, że był jak komandos. Od dziecka lubił wędkowanie, namioty, wypady nad morze. Zbierał też bursztyn. I choć trudno było go przekonać do nocowania w schronisku, teraz czuje się tu dobrze.
– Opiekunowie super, jedzenie też. Bardzo dbają o ludzi, tych bezdomnych szczególnie. Czuję się, jak u pana Boga za piecem – mówi.











